Do dziś żywa jest legenda, iż to dla Marii Walewskiej Napoleon chciał odbudować Polskę. Ile w tym prawdy, a ile tylko romantycznej historii? W tym krótkim artykule postaram się przedstawić kulisy tego słynnego romansu, słynnego aż do tego stopnia, iż w swej tematyce sięgnął do niego film i to już w 1937 r. z boską Gretą Garbo w roli M. Walewskiej oraz w 1966 r. w polskiej produkcji "Marysia i Napoleon", gdzie główne role zagrali Beata Tyszkiewicz i Gustaw Holoubek.
Ich pierwsze spotkania…
Pierwszy raz zobaczyli się na Zamku Królewskim w Warszawie, w styczniu 1807 r. Odbywał się wtedy wielki bal, na którym był Napoleon i damy z najznamienitszych polskich rodów, wśród nich była i Maria Walewska (żona 70-letniego szambelana A. Colonna-Walewskiego). Jak czytamy w pamiętniku A. Nakwaskiej, cesarz po wejściu na salę i ujrzeniu pani Walewskiej miał powiedzieć słowa: "Oh, qu’ilya de jolies femmes a Varsovie!" ("O, jakież to mnóstwo pięknych kobiet w Warszawie"). W kilka dni później odbył się kolejny bal – cesarz Francuzów przetańczył go całego tylko i wyłącznie z Marią. Niektórzy widzieli, jak Napoleon ścisnął ją za rękę, co oznaczało schadzkę; i cóż, następnego dnia już cała Warszawa huczała od plotek o romansie pięknej Marii Walewskiej z Napoleonem. Oboje darzyli się wzajemnie prawdziwym uwielbieniem, z tym że cesarza zauroczyła jej uroda, wygląd ("Miała cudowne oczy, usta. Śmiech jej był tak świeży, spojrzenie tak łagodne, twarz tworzyła całość tak ponętną."), natomiast Maria była raczej zachwycona jego osiągnięciami i żywiła z nim nadzieje niepodległościowe dla Polski: "Pewnego dnia Wielki Cesarz przypomni sobie wytrwałość Legionów i – jestem tego pewna – użyje swego wpływu, aby położyć kres tej okropnej sytuacji" (chodziło oczywiście o rozbiory). Maria, podobnie zresztą jak i inni Polacy, żywiła złudne nadzieje związane z Napoleonem. Wiemy przecież, że tak naprawdę cesarz wykorzystał Polaków, jako typowe "mięso armatnie", wykorzystał również i Marię Walewską.
Maria, Napoleon i książę Poniatowski
Ona na początku nie chciała się spotykać z Napoleonem, odrzucała jego zaproszenia na schadzki. Była obojętna na setki wysyłanych do niej listów, odesłała nawet brylantową kolię, którą podarował jej cesarz. Z czasem zaczęły na nią naciskać polskie elity – wg zapisków szambelanowej, wręcz błagały ją, by zechciała się spotkać z Napoleonem i … współżyć z nim. Podobno otrzymała ona nawet pisemny memoriał w tej sprawie od H. Kołłątaja, a książę J. Poniatowski miał do niej powiedzieć: "Mario, musisz iść do tego mężczyzny! To nie my, lecz cała Polska żąda tego od pani! Odwołuję się do pani patriotyzmu!". Tak więc w końcu Maria uległa i zgodziła się spotkać z Napoleonem. Jego kamerdyner Constant tak zapamiętał to spotkanie: „Pani Walewska przybyła, ale w jakim stanie! Blada, bez słowa, z oczami pełnymi łez (…). Wprowadziłem ją do pokoju cesarza. Zaledwie mogła się utrzymać na nogach i drżąc, wspierała się na mym ramieniu. Pani W. płakała i szlochała tak, że pomimo oddalenia słyszałem to i serce mi się krajało". To ich pierwsze spotkanie było dosyć chłodne i zakończyło się jedynie na rozmowie. Gdy spotkali się drugi raz, atmosfera była jeszcze gorsza. Podług zapisków Walewskiej, cesarz miał jej zagrozić, że jeśli mu się nie odda i dalej będzie odrzucać jego zaloty, on zlikwiduje wszelkie formy państwowości polskiej – "Jej imię zginie razem z wszystkimi twoimi nadziejami, jeśli doprowadzisz mnie do ostateczności, odpychając moje serce!". Po tej kłótni pani Walewska zasłabła i oddała się cesarzowi w imię Ojczyzny…
O wszystkich tych wydarzeniach dowiadujemy się na podstawie pamiętników samej Marii Walewskiej, dlatego trudno jest powiedzieć, co można uznać za prawdę, a co za fałsz. Powtarzając za M. Brandysem można wręcz stwierdzić, że tej prawdy jest bardzo niewiele. Uważa on, że "poczucie winy musiało towarzyszyć Walewskiej przez wszystkie późniejsze lata; ono narzucało jej obowiązek ciągłego rehabilitowania się w oczach własnych i cudzych, kształtowało treść jej wspomnień, wprowadzało do tych wspomnień przeinaczenia i mistyfikacje".
A Polska… ?
W każdym razie od tamtej pory Maria już regularnie spotykała się z Napoleonem i wydawałoby się, iż przerodziła się ta znajomość w jakieś głębsze uczucie, bo sam cesarz pisał do brata Lucjana: "Ona jest aniołem. Można twierdzić, że dusza jej jest tak samo piękna jak jej rysy". Bez przerwy obsypywał swoją "polską żonę"
drogimi prezentami, a nawet w 1809 r. po bitwie pod Wagram, gdy zamieszkał w pałacu Schoenbrunn, kazał sprowadzić sobie tam Marię. Walewska ponoć w trakcie tych licznych spotkań z Napoleonem ciągle inicjowała rozmowy na temat Polski... Wydaje się zatem, iż dla niej cel tej znajomości był jeden – wolna Polska… Ale niestety, to jej poświęcenie dla Ojczyzny nie było przyjęte na salonach zbyt entuzjastycznie: "W każdym razie my byłyśmy zrozpaczone, że osoba przyjmowana w towarzystwie uległa tak łatwo i równie słabo się broniła, jak twierdza Ulm…"(Anna Potocka).
W pewnym momencie stało się coś nieoczekiwanego, mianowicie po wielu tygodniach schadzek w Schoenbrunn Maria zaszła w ciążę. A było to zaskakujące dlatego, ponieważ Napoleon rzekomo był bezpłodny. Tymczasem okazało się, że może dokonać coś, o czym bardzo marzył – założyć dynastię. W tym momencie potraktował Walewską okropnie, czyny jego - myślę - przekreślają tezy, jakoby cesarz naprawdę kochał szambelanową, zwyczajnie ją wykorzystał i oszukał, ją i innych Polaków. Bowiem, co prawda wystąpił o rozwód z Józefiną, ale bynajmniej nie po to, aby ożenić się z Marią, ale by znaleźć godną żonę dla założenia dynastii i w tej sprawie począł pertraktować z samym carem Aleksandrem. Ten jednak obiecał rękę swojej siostry Anny pod warunkiem, że Bonaparte nie odbuduje nigdy niepodległej Polski. Cesarz przystał na to bez wahania… Wkrótce jednak zerwał rozmowy z carem i błyskawicznie per procura ożenił się z Marią Ludwiką Habsburg (córką cesarza austriackiego). Walewską zaś, która mówiąc kolokwialnie, na nic mu już nie była potrzebna, odesłał do Polski, gdzie u boku swego męża urodziła syna Aleksandra Colonna-Walewskiego (mąż Marii wybaczył jej niewierność i zgodził się ją przyjąć, a nawet uznał jej dziecko za swoje).
Na utrzymaniu Marianny
A teraz słów kilka o dalszych losach Marii, która niedługo bawiła w Polsce, bowiem już w pół roku po urodzeniu syna wyjechała wraz z nim do Paryża, gdzie żyła sobie (i to całkiem wystawnie) jako utrzymanka Francji. Cesarz wynajął dla niej przy ulicy Montmorency dom i wypłacał jej miesięczną pensję w wysokości 10 tysięcy franków - była to sześćdziesiąt razy większa pensja, niż renta bohaterskiego żołnierza, dowódcy szwoleżerów spod Somosierry Jana Kozietulskiego. Nie dziwi więc, że stać ją było na 150 sukien, które wzięła ze sobą w pewną podróż do Antwerpii w 1811 r. W swej hojności Napoleon nie zapomniał również i o Aleksandrze Walewskim, któremu w 1812 r. przekazał prawo własności obszaru na terenie Królestwa Neapolu i nadał tytuł hrabiego.
Ich ostatnie spotkania...
1812 r. przyniósł w życiu Napoleona znacznie ważniejsze wydarzenie – wyprawę na Rosję, zakończoną sromotną klęską. Imperium Bonapartego zaczęło walić się w gruzy. Według kolejnych romantycznych legend, w czasie odwrotu Wielkiej Armii na jedną noc zatrzymał się u swojej dawnej kochanki. Ponadto ona jako jedna z nielicznych trwała przy nim, gdy tracił władzę, pojechała nawet na Elbę, gdzie zesłano Napoleona. Walewska, trzeba przyznać, zachowywała się lojalnie wobec Bonapartego, ten zupełnie jednak tego nie docenił – wizyta odbywała się w wielkiej konspiracji, a kiedy okazało się, że na Elbę przybyła jego żona Maria Ludwika, kazał Walewskiej opuścić wyspę, mimo że na morzu szalał okropny sztorm! Wyjątkowa to podłość… Mimo wszystko Maria po tym wydarzeniu jeszcze raz widziała się z Napoleonem – 28 czerwca 1815 r, już po klęsce pod Waterloo.
Tak oto wyglądały te burzliwe dzieje romansu Marii Walewskiej i Napoleona. Wydawałoby się, iż skończył się on wraz ze śmiercią Marii (w grudniu 1817 r., z powodu ciężkiej choroby nerek) i cesarza (na wyspie św. Heleny w 1821r.), ale nic bardziej mylnego. Historia o pięknej miłości żyje do dziś i pewnie żyć będzie…