Cytat (z wiersza Cypriana Kamila Norwida „Coś ty Atenom zrobił, Sokratesie…” , który wybrałem jako motto pragnąłem, aby w jakiś sposób oddawał i wyrażał losy Stanisława Augusta Poniatowskiego, ostatniego polskiego monarchy po śmierci. A losy te były równie niespokojne i smutne co za życia… Bo los nie oszczędzał tego króla ani za życia, ani po śmierci.
Losy Króla po zaborach
Po dokonaniu trzeciego rozbioru przez Rosję, Prusy i Austrię w 1795 roku i podpisaniu abdykacji 25 listopada tegoż roku (w 32. rocznicę swojej koronacji), do której Stanisława August został zmuszony Mówiono mu, że „ani przyszły los jego, los rodziny i domowników nie będzie bezpieczny, jeżeliby wzbraniał się podpisać abdykacji”. Najpierw przewieziono go do Grodna, gdzie był więziony (cały czas trzymano króla pod strażą, kontrolowano jego korespondencję, rejestrowano odwiedziny, pilnowano podczas przejażdżek po okolicy, podsłuchiwano i cenzurowano). A z kolei po śmierci carycy Katarzyny II przewieziony został do Petersburga. I tu właśnie na dworze cara Pawła I spędził ostatnie chwile swego życia (m.in. pisząc pamiętniki, będące niejako aktem obrony samego siebie: „Memoires du roi Stanislas-Auguste Poniatowski”), tutaj je też zakończył 12 lutego 1798 roku, przeżywszy 66 lat. Zmarł na skutek apopleksji, czyli wylewu krwi do mózgu. Kilkukrotne zabiegi przetaczania krwi i wezykatorii (przykładanie na plecy leczniczych plastrów z wydzielinami owadów) nic nie pomogły. Śmierć Stanisława Augusta była dosyć nagła i podejrzana (jego stan gwałtownie się pogorszył po wypiciu porannej filiżanki bulionu), toteż Stanisław Cat – Mackiewicz wysuwał teorie, jakoby króla otruto…
Stanisław August Poniatowski umierał z dala od utęsknionej Ojczyzny i rodaków, na zaborczej ziemi (podobno jego ostatnim życzeniem było, by pokazać mu jakiś obraz przedstawiający jego ukochane Łazienki). Mimo to, owi zaborcy wykazali się na prawdę niezwykłym poszanowaniem i honorem i urządzili królowi, w zasadzie byłemu królowi, pogrzeb godny wielkiego monarchy. Chciałbym pokrótce opisać te uroczystości w Petersburgu, ponieważ po pierwsze niejako otwierają losy pośmiertne St. Augusta, a poza tym chciałbym przez to pokazać, iż Rosjanie potraktowali polskiego króla lepiej niż sami Polacy, o czym później. Po śmierci monarchy z rozkazu cara natychmiast postawiono straże przy ciele zmarłego Stanisława Augusta, a nabożeństwa za jego duszę odbywały się w kościele praktycznie codziennie; ogłoszono czterotygodniową żałobę. Pogrzeb przygotowywano mu wspaniały, godny wielkiego władcy. Króla ubrano w mundur polskiej gwardii koronnej, przepasany błękitną wstęgą z Orderem Orła Białego, a sam car osobiście włożył koronę polską na skronie Stanisława Augusta. W pałacu w jednej z wielkich sal tronowych przygotowano castrum doloris – kaplicę żałobną, gdzie na specjalnie zbudowanym katafalku wystawiono ciało króla na widok publiczny. Rano przy ciele polskiego monarchy odprawiano msze, po południu śpiewano psalmy. Co warte podkreślenia – sala prócz czarnego kiru, była udekorowana ściśle polskimi akcentami – godłem z Orłem Białym oraz herbem Ciołek, a także umieszczono cyfry królewskie SAR – Stanislaus Augustus Rex. 5 marca rozpoczęły się uroczystości pogrzebowe. Przed przejeżdżającą trumną (z pałacu do kościoła św. Katarzyny) 18 tys. armia oddawała honory, prezentując broń. Na czele żałobnego konwoju jechał car ze szpadą w dół opuszczoną na znak żałoby. Podczas ceremonii trzykrotnie oddano salwę z ręcznej broni, najwyżsi oficerowie trzymali wartę przy trumnie, a o muzykę zadbał sam maestro JCM. Ciało zostało złożone w krypcie kościoła św. Katarzyny, a na epitafium wyryto inskrypcję, w której car po raz kolejny podkreślał królewskość Stanisława Augusta. Nabożeństwa żałobne w kościele odbywały się jeszcze przez kilka dni. Nie sposób oczywiście jest w tym miejscu przytoczyć opisu całej wspaniałej uroczystości pogrzebowej Stanisława Augusta Poniatowskiego, wszak na koniec nasuwa się pewna smutna niestety refleksja – Rosjanie żegnali polskiego króla (który tak de facto królem już nie był, a mimo to car włożył koronę na skronie Stanisława Augusta i kazał wszędzie umieszczać cyfry królewskie) z najwyższą galą, czcią i honorem, pochowali go comme il fault, niestety król nie doczekał się podobnych zachowań ze strony swoich rodaków! I to jest w tym wszystkim najgorsze, że odrodzona w 1918 r. Polska potraktowała swego monarchę nie jak matka, a jak najgorsza macocha. Rosjanie obdarzyli Stanisława Augusta po śmierci wielkim szacunkiem, na który od Odrodzonej nie mógł liczyć nigdy.
Tak jak już mówiłem króla pochowano w kościele św. Katarzyny, parokrotnie zmieniano tam tablicę nagrobną, jednak przez te wszystkie lata trumna trochę niszczała na skutek licznych powodzi i wylewów rzeki Newy. I w takim zapomnieniu i odosobnieniu zwłoki króla spoczywały gdzieś tam na obczyźnie…
W wolnej Polsce
Ale mamy w końcu rok 1918 – kiedy dla Polski wybiła godzina wolności. Nowy ład europejski, zrodzony z burzy lat I Wojny Światowej przywrócił do życia państwo Polskie po ponad wiekowym nieistnieniu. Niestety w tej Odrodzonej II Rzeczypospolitej Polskiej nie było miejsca dla ostatniego polskiego monarchy. 18 marca 1921 r., kiedy podpisano pokój ryski, kończący wojnę polsko-bolszewicką, na mocy którego Rosjanie mieli nam zwrócić pamiątki narodowe, o szczątki Stanisława Augusta w ogóle się nie upomniano! II RP, która z takim pietyzmem rekonstruowała swoją dawną przeszłość, manifestacyjnie odwoływała się tradycji historycznej, która teoretycznie miała w wielkim poważaniu tradycję dawnej I Rzeczypospolitej – nad sprawą powrotu króla do ziemi ojczystej milczała jak zaklęta, nie mógł król liczyć na przychylność i szacunek, i pamięć od własnych rodaków! W pewnych kołach wszakże pojawiały się głosy o powrocie prochów monarchy do Polski – bo przecież twierdzono (słusznie zresztą), że stanowią one pomnik wielkiej historycznej wagi, że są pamiątką narodową, a złożenie ich w polskiej ziemi jest niezbędne dla honoru polskiego.
Jednak chcąc czy nie chcąc (bardziej to drugie) władze II Rzeczypospolitej musiały zająć się sprawą repatriacji szczątków Stanisława Augusta do kraju. Oczywiście nie wynikło to z ich inicjatywy – w roku 1938, Rosjanie wystosowali pismo, w którym informowali, iż kościół św. Katarzyny jest przeznaczony do rozbiórki i żeby zrobić coś z będącymi tam szczątkami króla. No i stało się, w 1938 r., po blisko 140 latach król Poniatowski wrócił do Ojczyzny- i to w jakim stylu! Tomasz Nałęcz przedstawiając okoliczności złożenia trumny króla napisał, że „powzięte przy tym środki ostrożności i tajemnica przypominała bardziej gangsterskie niż majestat królewskiego pogrzebu”. Ten styl po prostu woła o pomstę do Nieba! A jak to wszystko po kolei wyglądało, właśnie pragnę opisać.
Czy Król zasłużył na taki los ?
Decyzja o sprowadzeniu szczątków króla Poniatowskiego zapadła, można rzec na najwyższych szczeblach władzy – zdecydowały o tym cztery osoby – minister spraw zagranicznych Józef Beck, premier Felicjan Sławoj Składkowski, marszałek Edward Rydz – Śmigły oraz prezydent Ignacy Mościcki. Warto tu odnotować, iż do bardzo negatywnych ocen najbardziej skory był marszałek, który podczas pewnej dyskusji, kiedy pojawiły się pewne głosy w obronie ostatniego monarchy, żachnął się i z prawdziwie katońską surowością począł gromić króla za jego postawę w czasie wojny Rosją w 1792 r. A na pytanie zainteresowanych – „Co nieszczęsny król miał więc począć w tej swojej beznadziejnej sytuacji?”, marszałek Śmigły bez wahania odpowiedział – „Jak to co? Mógł stanąć na czele wojska i zginąć!”. No tak, w istocie, łatwo jest mówić, nie znalazłszy się w podobnej sytuacji, bo przecież już w rok później (we wrześniu 1939r.) marszałek Śmigły – Rydz jako naczelny wódz w czasie Kampanii Wrześniowej pokaże jak to się staje na czele wojska i… rejteruje w bezpieczne miejsce zostawiając wojsko w popłochu i bez zorganizowanego dowództwa. W końcu decyzja zapadła – ww. czwórka polityków stwierdziła, że Stanisława Augusta można pochować gdziekolwiek, byle nie w Krakowie i Warszawie. Bowiem w ich w mniemaniu Wawel odpadał, bo niedawno pochowany (w 1935r.) tu marszałek Józef Piłsudski nie może przecież sąsiadować z kochankiem carycy, a stolica to też za duży honor dla targowiczanina. Padło więc na mały niszczejący kościółek (w rodzinnej miejscowości króla) – Wołczyn. Na prędce na koszt państwa usunięto butwiejące deski, trochę odremontowano kościół, pobielono ściany i przygotowano dla króla podziemną kryptę. Zrobiono to w ciągu czterech dni, a w tym czasie (tj. od 9 lipca 1938r.) na bocznicy stał już przybyły z ZSRR pociąg towarowy (z napisem bagaż zwykły), gdzie w drewnianej skrzyni były schowana trumna monarchy. Dalej było już tylko gorzej. Rozpoczął się konspiracyjny i prostacki „pogrzeb” króla, głęboką nocą (koło 1.00). W ostatniej drodze monarsze towarzyszył proboszcz wołczyńskiej świątyni Antoni Czyszewicz, kilku urzędników i policjantów oświetlających drogę latarkami !!! Odplombowano wagon i zebrani zaczęli wyciągać ważącą 600 kilogramów trumnę. Okazało się wkrótce, że na skutek swej szerokości nie może zmieścić się przez wąską bramę. "Mądrzy" panowie urzędnicy zaczęli tę trumnę królewską przerzucać przez ten mur! Sznurami jakoś ją ciągnięto i przepychano przez mur, górą, aż w końcu i ten mur zaczął pękać pod naciskiem takiego ciężaru. Po wejściu do kościoła wynikł kolejny problem – trumna nie mieściła się w podziemnej krypcie, nie przechodziła przez otwór w podłodze. Spuszczono więc na dół tylko urnę z sercem, otwór zakryto jakimiś deskami. A trumna tak jak stała, z tymi sznurami została na wierzchu w bocznym pomieszczeniu, zamknięta solidną kratą. Klucze doń dostał proboszcz a resztę wzięli urzędnicy. Na odchodnym księdzu jeszcze arogancko zakazano odprawiania jakichkolwiek modłów za duszę zmarłego monarchy, mówili – „Żadnych nabożeństw, żadnych modłów, żadnego rozgłosu. Ani teraz, ani jutro, ani potem”. Tak to oto wyglądał „pogrzeb”, jeśli tak to można w ogóle nazwać ostatniego polskiego monarchy urządzony mu przez rodaków – głucha noc, kondukt składający się z urzędników, odludzie, niszczejący kościół, profanacja szczątków, bez modlitw i nabożeństw i wszystko to owiane głęboką tajemnicą. Po prostu to było żałosne i prostackie! Tak się przecież w średniowieczu chowało zadżumionych i samobójców, ten pochówek króla Stanisława urągał majestatowi korony i Rzeczypospolitej, urągał wreszcie godności człowieka! Bo oczywiście można mieć różne poglądy na osobę tego króla, ale nie możemy zapominać, że on w Polsce panował, że był Bożym pomazańcem i że ma swoje zasługi, i że jako królowi, ale i jako człowiekowi należy mu się szacunek i godny pochówek. Brak sympatii do Stanisława Augusta Poniatowskiego ze strony władz II Rzeczypospolitej nie zwalniał jej od tego obowiązku w żadnym stopniu. Oni po prostu nie poszanowali delikatnie mówiąc tradycji i jawnie dopuścili się hańbienia przeszłości. Gdy ta cała sprawa wyszła na jaw (media radzieckie przekazały tę informację stronie polskiej) to społeczeństwo, obywatele nie dawało wiary, w to co się stało. Zdawali sobie bowiem sprawę, że to co zrobiono urągało majestatowi Korony, że tak się nie chowa żadnego człowieka. Pojawiały się głosy, że tak to by mogli postąpić Rosjanie "carobójcy", a nie demokratyczna władza odrodzonego państwa, teoretycznie miłująca zasady, prawo i historię. Słowem można rzec, że wybuchł po prostu skandal i historyczny, i obywatelski. Głos zabierały nawet wybitne persony, takie jak choćby Stanisław Cat-Mackiewicz (redaktor wileńskiego „Słowa”). Możemy za nim powtórzyć, iż ten wołczyński pochówek króla był nie tylko hańbą, ale i fałszem historycznym. Bo przecież od wieków miejscem pochówku królów był Wawel i tam w majestacie i przy biciu dzwonu Zygmunta powinien być pochowany Stanisław August Poniatowski. Jak mówi Cat, tak by uczyniono tam, gdzie się ceni tradycje i gdzie majestat królewski wiążę się nie z osobą, lecz z dostojeństwem państwa. W Polsce tak nie uczyniono, a więc wniosek nasuwa się sam… Tu jeszcze pragnę zacytować krótko słowa Cata-Mackiewicza: „Oto należę do tych, którzy z jak najgłośniejszym wystąpili protestem przeciw sposobowi, w jaki przewiezione zostały do Polski zwłoki Stanisława Augusta, a także do tych, którzy żądali, aby współczesna Polska uszanowała majestat korony i nieszczęścia, i aby zwłoki ostatniego naszego króla spoczęły na Wawelu. Wywodziłem nawet prawnie, że ten pogrzeb na Wawelu stanowi konstytucyjny obowiązek naszego rządu, wynikający ze stosowania przez Polskę odrodzoną zasady restituto in integram do sukcesji po dawnej Rzeczypospolitej. Gdyby Stanisław August umarł przed rozbiorem – pisałem – niewątpliwie byłby pochowany na Wawelu, my zasadniczo nie uznajemy rozbiorów, nie uznajemy i nie uznawaliśmy nigdy abdykacji ostatniego naszego króla za co innego, jak za akt przemocy i gwałtu. Jakie ma więc prawo rząd polski detronizować Stanisława Augusta po śmierci i odmawiać jego trumnie tych honorów, które mu się należą jako naczelnikowi państwa polskiego i monarsze. Powinien spocząć na Wawelu – bowiem pogrzeb na Wawelu stał się od wieków atrybucją każdego monarchy”. Dalej Mackiewicz twierdził – że jakim prawem zapomniano, że to nie pan Poniatowski, a prawowity król Rzeczypospolitej; jakim prawem jakiś "referencik" zabronił katolickiemu księdzu odprawiania mszy św. za spokój jego duszy. Wielu wybitnych Polaków (m.in. J. Iwaszkiewicz, M. Dąbrowska, L. Puget, prof. S. Estreicher oraz nadmieniony już przeze mnie St. Cat-Mackiewicz), ale i zwykłych obywateli wypowiedziało się na łamach „Wiadomości Literackich”, bo właśnie gdy wybuchła ta afera z wołczyńskim pochówkiem ostatniego króla polskiego, przeprowadzono właśnie dla „Wiadomości Literackich” pewną ankietę na temat miejsca pochówku króla. I przytłaczająca większość wskazywała Wawel jako jedyne godne miejsce – na 71 głosów, za krakowskim zamkiem królewskim było 33 osoby; za Warszawą 25, za Wołczynem 8. Dla wszystkich przesądzający był fakt: że Stanisław August to był król. Bardzo trafnie sformułował to jeszcze Ksawery Pruszyński: „O tym gdzie i jak Polska grzebie swych królów, powinien decydować nie referat bezpieczeństwa, nie rząd, nie sejm, ale tradycja. Jesteśmy państwem, które w ciągu stuleci swego istnienia tradycję państwową wytworzyło, powinniśmy jej zatem przestrzegać. W sprawie grzebania królów tradycja ta jasno wskazuje na Wawel. (…) a akt pogrzebu królewskiego nie był nagrodą, karą, czy porachunkiem potomnych, tylko dopełnieniem narodowej 600-letniej tradycji”.
Reasumując można stwierdzić, iż władza II RP chowając króla w Wołczynie i gotując mu ten nieprzystojny pogrzeb, zlekceważyła historię, tradycję, swoją Ojczyznę i cały Naród, uwłaczając pamięci człowieka i króla, nie dopełniając ludzkiej i moralnej powinności…
Smutna wojenna historia...
A teraz dalsze dzieje pośmiertne Stanisława Augusta Poniatowskiego. Względny spokój i spoczynek szczątków króla na polskiej ziemi nie trwał długo. Po roku, 1 września 1939r. wybuchła II Wojna Światowa, po wojnie zaś przesunęły się granice, utraciliśmy Kresy Wschodnie i on znów był w Rosji, a konkretniej w Związku Radzieckim (dokładniej mówiąc w Białoruskiej Socjalistycznej Republice Radzieckiej – bo tam był Wołczyn). Rozpoczął się kolejny akt jego pośmiertnej tragedii. Przez prawie 50 lat (do 1988r.) przebywał tam znów w zapomnieniu i osamotnieniu, bezdusznie pozostawiony wśród obcych. Kościół wołczyński, w którym król spoczywał został podczas wojny obrabowany, zniszczony i splądrowany wpierw przez wojska radzieckie, a potem przez niemieckie (w 1941r.). Zwłoki króla zostały sprofanowane przez tych barbarzyńców. Natomiast po wojnie władze zamieniły kościół na magazyn zbożowy do pobliskiego kołchozu im. Andrieja Żdanowa. I niestety, tam gdzieś pomiędzy workami z żytem, czy częściami maszyn rolniczych plątały się szczątki polskiego monarchy! Serce się kraje…
Nie lubili i nie chcieli króla Poniatowskiego rządzący II Rzeczpospolitą. Ale i władza powojenna, "ludowa", która nie czuła się spadkobierczynią poglądów, idei i działań swej poprzedniczki, także nie przyjmowała myśli o sprowadzeniu królewskich szczątków z ZSRR. Rząd, czy PZPR nigdy nie podjęli uchwały o ponownej repatriacji zwłok Stanisława Augusta, mimo, iż sprawa ta w latach Polski Ludowej pojawiła się z dużym nasileniem trzy razy. Pierwszy raz – w 1966 roku w czasie Tysiąclecia Państwa Polskiego, kiedy koła naukowe historyków przedłożyły władzy PRL – I sekretarzowi Władysławowi Gomułce i premierowi Józefowi Cyrankiewiczowi stosowne projekty. Zrozumienia jednak nie napotkali. Premier w ogóle nie chciał słyszeć o powrocie, jak się wyraził „amanta carycy”, a z kolei członek Biura Politycznego Zenon Kliszko miał jakoby doradzać odłożenie pomysłu o 1000 lat, do następnego Milenium… Drugi raz był w roku 1971, gdy z inicjatywy ekipy rządzącej już I sekretarza Edwarda Gierka podjęto decyzję o odbudowie zniszczonego w czasie wojny ( dokładniej mówiąc w czasie Powstania Warszawskiego, w 1944r.) Zamku Królewskiego. I znowu nic. Na wokandę po raz trzeci sprawa Stanisława Augusta Poniatowskiego stanęła w 1988 roku i dopiero wtedy z inicjatywy takich znakomitych historyków, znawców króla i jego epoki, jak prof. dr Andrzej Zahorski, prof. Andrzej Gieysztor, prof. Tadeusz Łepkowski, prof. Emanuel Rostworowski, we współpracy z innym znakomitym historykiem Uniwersytetu Jagiellońskiego, a wówczas ministrem kultury i sztuki (w rządzie Mieczysława Rakowskiego) prof. Aleksandrem Krawczukiem podjęli inicjatywę wyprawy badawczej do Wołczyna i ewentualnego sprowadzenia prochów JKM do Polski. Powołana przez ministra Krawczuka komisja (na czele z prof. Gieysztorem) wyruszyła do ZSRR i 12 XII 1988r. dotarła do Wołczyna. To co zobaczyli w Wołczynie wprawiło ich w osłupienie i rozpacz: „Zastygliśmy w zdumiałym milczeniu, patrząc na coś co było gruzem, rozwaliskiem, ruiną… A miało być grobowcem Najjaśniejszego” (mówi Aleksandra Zgorzelska, członkini tej komisji).
Prędko podpisano stosowne dokumenty ze stroną białoruską, na mocy których przekazano szczątki króla, wśród nich był płaszcz królewski. Prochów ludzkich jednak nie udało się znaleźć w tym całym bałaganie (były tam tylko jakieś zwierzęce szczątki), i dopiero kolejna wyprawa w następnym 1989 r., przyniosła sukces. W czerwcu tegoż roku odnaleziono resztki prochów królewskich, co potwierdziły specjalistyczne badania, przeprowadzone już na miejscu.
Król na należnym miejscu
Na nowo rozgorzała dyskusja nad miejscem pochówku, znów głos zabrało społeczeństwo i wybitni historycy, do tego dodajmy jeszcze te opinie i argumenty, które już wyżej przytaczałem, a które w czasie tej dyskusji końca lat 80 odżyły. Przeprowadzono kolejne ankiety, pierwszą sondę przeprowadziło CBOS (Centrum Badania Opinii Społecznej), a drugą ankietę rozpisała „Rzeczpospolita”, z pytaniem gdzie powinny być pochowane prochy Stanisława Augusta: a) na zamku królewskim na Wawelu, b) na zamku w Warszawie c) w katedrze św. Jana w Warszawie, d) w Łazienkach. Pragnę przytoczyć tu bardziej wiarygodne wyniki CBOC – mianowicie za Wawelem opowiedziało się 45,5% pytanych, za zamkiem warszawskim 39,4%, za katedrą św. Jana 9%, natomiast 7% pytanych życzyłoby sobie pochówku króla w Łazienkach. Osobiście jestem zdania, iż tylko i wyłącznie Wawel jest godnym miejscem pochówku króla St. Augusta. Wtedy rozgorzała naprawdę ostra dyskusja i każde z możliwych miejsc miało i zwolenników, i przeciwników, ale wśród wybitnych naukowców-historyków zdecydowanie przeważały głosy za Zamkiem Wawelskim. Twierdzili tak m.in. prof. dr Andrzej Zahorski (który bardzo gorąco zabiegał o Wawel dla Poniatowskiego: „Wawel to jedyne godne majestatu króla miejsce spoczynku jego trumny”), prof. Andrzej Gieysztor, prof. Tadeusz Łepkowski, prof. Emanuel Rostworowski, prof. Michał Rożek, prof. Aleksander Bocheński i nawet zagorzały przeciwnik króla prof. Jerzy Łojek, który twierdził: „rozstrzygające jest to, że był prawnym królem Polski, więc należy mu się Wawel”. Wszyscy oni zgodnie twierdzili, to o czym już tu pisałem – odwieczna tradycja nakazuje grzebania królów polskich na Wawelu i to jest fakt niezaprzeczalny i dlatego tylko Wawel jest jedynym godnym miejscem królewskiego pochówku; tak jak i w tych ankietach, tak i w środowiskach naukowych pojawiały się i inne możliwości, jak Łazienki (prof. Aleksander Krawczuk, Jerzy Mikke), katedra św. Jana (kard. Józef Glemp) a czasem i Zamek Królewski w Warszawie. Wszystkie te propozycje i opinie o Stanisławie Auguście ścierały się ze sobą, można powiedzieć, że wrzało. Przeciwnicy Wawelu (jak np. Mikke) twierdzili, że król utracił do niego prawo a jego miejsce zajęli już ks. Józef Poniatowski i Tadeusz Kościuszko – bzdury!
Jak wiemy, ostatecznie jednak koncepcja wawelskiego pochówku upadła. (w 1994 zmarł A. Zahorski tak mocno o to zabiegający, do sprawy króla Stanisława wtrącać zaczęły się koła kościelne z prymasem Glempem na czele, który chciał powrotu króla na miejsce jego pomazania) i ostatecznie 14 lutego 1995 roku w katedrze św. Jana w Warszawie – miał miejsce ostatni pogrzeb króla Stanisława Augusta.
Można by zatem powiedzieć, że wreszcie w 1995 roku po przeszło 200 latach wygnania zakończył się smutny los króla-tułacza. Ale czy rzeczywiście tak jest? W moim przekonaniu nie – ponieważ król dalej nie spoczywa wśród królów, na Wawelu. Wciąż nie jest uszanowana XIV wieczna tradycja – że miejscem pochówku władcy jest zamek wawelski; sam fakt bycia królem to determinuje. Zasada restituto in integram dalej nie została poszanowana, dalej nie uszanowano tradycji historycznej, i pochówek króla gdzieś w Warszawie w katedrze św. Jana nie stoi na poziomie doniosłości sprawy i też jest aktem fałszu historycznego – bo to nie jest miejsce króla!
Podsumujmy zatem:
- Wawel należy się Stanisławowi Augustowi z racji tego, że był królem, nieważne jakim
- Tak bowiem nakazuje odwieczna tradycja polska i historia – że godnym królewskiego majestatu jest tylko Wawel i tu winien spocząć król – tak nakazuje odwieczne prawo historii – „akt pogrzebu królewskiego nie był nagrodą, karą, czy porachunkiem potomnych, tylko dopełnieniem narodowej tradycji”; i nie ma żadnego kryterium na dobrych i niedobrych bo przecież leżą tu dużo, dużo mniej godni władcy od Stanisława Augusta, ale spoczywają tu – bo należy im się to z racji tego, że byli monarchami: (L. Puget) „Tu chowano królów, którzy abdykowali, jak Jan Kazimierz i królów dużo mniej godnych od Stanisława Augusta, tu obok organizatora armii Batorego spoczywa trumna grabarza tej armii Augusta, tam gdzie „niemieckie półdiablę” Zygmunt III Waza sąsiaduje ze szczeropolskim bohaterem Sobieskim”
- Takie opinie podnosiło wielu wybitnych historyków (zarówno przed wojną, jak i po – w latach 80) sfery naukowe wyraziły, iż uważają Wawel za jedyne właściwe miejsce spoczynku dla prochów królewskich
- Również i społeczeństwo – polski Naród na łamach ankiet wyraziło wolę pochowania monarchy na Wawelu (zarówno w 1938 i 1988)
- A poza tym sam król wyraził wolę, by być pochowanym właśnie na Wawelu (należy więc szanować wolę zmarłego).
Jeszcze przed wojną metropolita krakowski kardynał Sapieha (który także był za Wawelem dla Poniatowskiego) i prof. Bohusz, włodarz wawelskiego zamku, przygotowali specjalną kryptę (przed kryptą św. Leonarda) dla króla Stanisława Augusta, pięknie przyozdabiając ją królewskimi reliefami. Krypta ta niestety pozostaje pusta do dziś i czeka… A przy okazji symbolizuje ona fakt, iż dalej Polacy dopuścili się historycznego fałszu, że nadal w nim tkwią, zapominając o tradycji historycznej. Jest to naprawdę bardzo smutne – stwierdzić należy zatem, że tragiczne losy króla-tułacza nadal się nie skończyły, szczątki Stanisława Augusta ciągle nie spoczywają na jedynym właściwym sobie miejscu. Cóż, pozostaje mieć nadzieję, że tradycja historyczna w końcu zostanie zachowana, a tę nadzieję z pewnością podtrzymają słowa historyka prof. Józefa Feldmana(z 1938r.), które pragnę przytoczyć na koniec i niech stanowią one zamknięcie mojej pracy: „Jeśli Stanisław August nie spocznie na Wawelu za rok, dwa, za lat dziesięć, czy trzydzieści, to znajdzie się w grobach królewskich za lat pięćdziesiąt lub sto, ale spocznie tam z całą pewnością. To się stanie, bo to się stać musi! Wawel od śmierci Władysława Łokietka stał się, i to jest przemożny fakt, to jest prawo historii – grobowcem królów polskich. Rzecz jest historycznie przesądzona i rozstrzygnięta. A historia to jest wielka Pani. Wszystkiego wysłucha, wszystko przetrzyma, niczego sobie nie pozwoli nakazać lub zakazać. Można jej niejedno nakazać ‘na dzisiaj’. Ale wielka Pani nie spieszy się nigdy, a swoje ostatnie decydujące słowo wypowiada wówczas, gdy najgorętsze nawet ‘dzisiaj’ należy już do dostatecznie wystygłej przeszłości. Miejscem wiecznego spoczynku królów polskich jest od XIV wieku Wawel. Historia locuta – causa finita” („Historia przemówiła, sprawa jest skończona”) I niech odwieczne prawo historii się wreszcie wypełni.