Historia burzliwa i tragiczna ma jednak to do siebie, że o ile branie w niej udziału jest dla poszczególnych jednostek przeżyciem wyjątkowo traumatycznym (a niejednokrotnie zakończonym śmiercią), o tyle przyszłe pokolenia potrafią dostrzec w niej swoiste piękno, niejednokrotnie czyniąc z owej historii źródło rozrywki dla mas, czego dowodem może być np. Trylogia Sienkiewicza, czy też popularne filmy i seriale, których akcja rozgrywa się w okresie II wojny światowej. Twórczość taka ma tę niewątpliwą zaletę, że bawiąc, uczy, a jeżeli uda jej się przebić do międzynarodowej społeczności odbiorców kultury, to, poruszając ją, potrafi równocześnie wytworzyć u niezliczonych rzesz odbiorców sympatię dla narodu, z którego historii czerpie natchnienie. Zrozumieli to np. Amerykanie, którzy dzięki setkom mniej lub bardziej udanych produkcji filmowych, książek i gier od lat wmawiają uparcie całemu światu, że jedynym prawdziwym przeciwnikiem nazistów w okresie II wojny światowej było USA, podczas gdy inne kraje ograniczały się tylko do proszenia dobrego wuja Sama o ratunek… (Swoją drogą niekiedy przyjemnie jest się pośmiać, oglądając wysokobudżetowy film o dzielnych amerykańskich lotnikach, broniących Wielkiej Brytanii w czasie bitwy o Anglię.)
My, Polacy, z jakichś tajemniczych powodów kochamy wszystko co amerykańskie. Kwestia ta jest o tyle dziwna, że z reguły Amerykanie wystawiają nas do wiatru. Lubimy przejmować amerykańską modę, amerykański styl życia, a niekiedy (zwłaszcza po pobycie w USA) amerykański akcent. Tym bardziej dziwne wydaje się, że nie przejęliśmy dotychczas amerykańskich metod promowania własnej historii. Swoistym polskim paradoksem jest to, że kochamy naszą historię, idealizujemy ją, tworzymy dotyczące jej mity, ale… tylko na własny użytek. Nie wiedzieć czemu, kiedy dochodzi do przedstawiania naszej historii obcokrajowcom, nagle nabieramy wody w usta i zapada krępująca cisza. Owszem, na naszym rynku dostępne są setki książek popularnonaukowych, a także powieści traktujących o polskiej historii, w kinie i w telewizji właściwie bez przerwy trwa jeden wielki patriotyczny maraton, dzięki któremu mamy okazję oglądać wspaniałe spektakle telewizyjne, filmy o papieżu, seriale wojenne (choć po prawdzie, większość z tych ostatnich powstała w czasach przyjaźni polsko-radzieckiej i do prawdy historycznej mają się tak, jak teza o istnieniu Marsjan do rzeczywistości), a w dniach okrągłych rocznic brać udział w wielkich quizach historycznych (jakkolwiek są one często okraszane kabaretowymi występami niezbyt pasującymi do powagi danego święta). Wszystko to wygląda bardzo pięknie, niestety jest pewien szkopuł - produkcje te w ogóle nie trafiają do zagranicznych odbiorców i nie dzieje się tak bynajmniej z powodu braku zainteresowania tych ostatnich. Jest o wiele gorzej - my nawet nie próbujemy ich sprzedawać szerszemu, zagranicznemu gronu, starczy tu tylko wspomnieć o wołającej o pomstę do nieba zagranicznej promocji genialnego filmu Wajdy Katyń (promocji takiej w zasadzie w ogóle nie było, a polscy urzędnicy dołożyli wszelkich starań aby film trafił do jak najmniejszej liczby zagranicznych widzów). W efekcie przeciętny Amerykanin, Anglik, Francuz i przedstawiciel dowolnego innego obcego narodu, nie ma zielonego pojęcia o dziejach naszego kraju, a my co jakiś czas jesteśmy raczeni przez zagraniczne media opowieściami o polskich obozach zagłady i połajankami dotyczącymi naszej odpowiedzialności za holokaust. Słysząc takie wypowiedzi, nie powinniśmy się wcale obrażać, a raczej czuć głęboką dumę z tego, że nasza polityka niepromowania własnej historii przynosi tak wspaniałe owoce.
Niestety co jakiś czas na owym pięknym obrazie powstają rysy, a to na skutek pojawiania się różnych zagranicznych autorów, którzy, nie wiedzieć czemu, upierają się, żeby pisać przeznaczone dla szerokich rzesz anglojęzycznych czytelników książki dotyczące polskiej historii. Najbardziej skandaliczne jest to, że ośmielają się oni tworzyć lektury fascynujące i zajmujące czołowe miejsca na listach bestsellerów. Nazwiska takich historycznych wichrzycieli znamy, aż za dobrze, są to rzecz jasna Norman Davies, Richard M. Watt, czy też duet Lynne Olson i Stanley Cloud. Największą zgrozą każdego dobrego obywatela kraju nad Wisłą napawać powinien jednak fakt, że w grupie tej napotkać można także ludzi o polskich korzeniach jak np. hrabiego Adama Zamoyskiego, autora licznych traktujących o Polsce książek historycznych.
Doskonale zdaję sobie sprawę, że humor, którym okraszam pisaną przez siebie recenzję może wydawać się nieco złośliwy, trudno jednak nie skomentować naszych nikłych umiejętności promocji własnych dziejów, zwłaszcza po lekturze książki tak wspaniałej jak Warszawa 1920. Nieudany podbój Europy. Klęska Lenina napisanej przez wspomnianego wyżej Adama Zamoyskiego. Praca brytyjskiego historyka dobitnie pokazuje nam Polakom, że opowieść o naszej historii potrafi zainteresować czytelników. Prawdę tę ujrzymy tym wyraźniej, gdy uświadomimy sobie, jak wielkim zainteresowaniem Warszawa 1920 cieszyła się w Wielkiej Brytanii. Pozycji tej nie stworzono bowiem z myślą o odbiorcy polskim, lecz anglosaskim i w tym miejscu Zamoyskiemu należą się wielkie podziękowania, gdyż pisząc tę książkę, uczynił dla promocji naszego kraju więcej niż którakolwiek z wydumanych kampanii reklamowych, których świadkami byliśmy w przeciągu ostatnich kilku lat.
Lektura Warszawy 1920 dowodzi, że Adam Zamoyski jest nie tylko świetnym historykiem, ale także utalentowanym czarodziejem słowa, książka ma bowiem w sobie swoisty czar, który sprawia, że nie sposób się od niej oderwać. Opowieść o heroicznych zmaganiach świeżo odrodzonej Rzeczypospolitej i dopiero co powstającego Związku Radzieckiego czyta się jak najlepszą powieść. Autor ożywia dawne wydarzenia w sposób tak niesamowicie plastyczny, że czytając o odwrocie wojsk polskich, na pochylonym nad książką karku poczuć możemy gorący i cuchnący oddech rosyjskiego kawalerzysty. I tak jest przez cały czas, w uszach rozbrzmiewają nam krzyki mordowanych i tętent kopyt, przeżywamy chwilę mrożącej krew w żyłach grozy, śledząc postępy zbliżającej się ku Warszawie Armii Czerwonej, na koniec zaś, w chwili gdy bolszewickie hordy rzucają się do panicznej ucieczki, z naszych piersi dobywa się głębokie westchnienie ulgi, a w sercu narastać zaczyna przechodzącą w euforię radość. Tak… parafrazując Gombrowicza, można z czystym sumieniem rzec, że Adam Zamoyski wielkim pisarzem i historykiem jest.
Duże brawa należą się także wydawcy, zasłużył on sobie na nie dzięki oprawie graficznej, która jeszcze pogłębia wrażenie współuczestnictwa w opisywanych wydarzeniach. Wyśmienitym pomysłem jest zwłaszcza ilustracja na okładce, którą wystylizowano tak, aby jej wygląd nasuwał na myśl pożółkłą ze starości, pogiętą i lekko potarganą fotografię. Szkoda jedynie, że podobnego zabiegu nie zastosowano względem wszystkich zdobiących książkę ilustracji, mogłoby to nadać polskiemu wydaniu Warszawy 1920 jeszcze bardziej niesamowitego klimatu. Należy jednak przyznać, że duża liczba zdjęć, a także ich odpowiednie rozmieszczenie, doskonale współgrają z tekstem opowieści. Plusem, i to sporym, jest także układ druku, umożliwiający bezproblemowe, szybkie czytanie.
Podsumowując muszę stwierdzić, że Warszawa 1920. Nieudany podbój Europy. Klęska Lenina jest jedną z ciekawszych, dostępnych na polskim rynku pozycji dotyczących wojny polsko-bolszewickiej. Pozostaje tylko życzyć sobie, aby Adam Zamoyski jak najdłużej nie odkładał pióra i jeszcze przez długie lata raczył zarówno nas jak i anglojęzycznych czytelników pasjonującymi opowieściami o pełnej chwały przeszłości Polski.
Adam Zamoyski, ,,Warszawa 1920. Nieudany podbój Europy. Klęska Lenina"- recenzja
- 2009.11.30
- typ: artykuł
- Łukasz Czarnecki
Komentarze
- 2009.12.10
- robot chicken
Cudowna rzecz
- 2010.01.05
- Franek
Jeśli ta ksiązka, jest równie dobrze napisana co recnezja, to musże ją przeczytać